Wolność to nie wszystko?... Śpiewająca aktorka Jola Litwin-Sarzyńska zaprezentowała monodram oparty na piosenkach i – pośrednio – na życiu amerykańskiej gwiazdy rocka, Janis Joplin.
Scenariusz jest dziełem Piotra Sarzyńskiego, reżyserował Redbad Klynstra.
Piosenki przełożyli Maciejka Mazan i Daniel Wyszogrodzki. Artystce towarzyszy na żywo specjalnie utworzony zespół rockowy. Rozmawiam z Jolą Litwin-Sarzyńską kilka dni po premierze spektaklu „Moja mama Janis” (2005).
Dlaczego Janis?
Przede wszystkim już wówczas gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, a było to bardzo dawno temu, poczułam, że emocje, które wkłada w muzykę, jej sposób śpiewania – a właściwie opowiadania o świecie i o kobiecie – są mi bardzo bliskie, są praktycznie moje. Nic więc dziwnego, że traktowałam ją jak osobistą idolkę, aż nadszedł czas, by wreszcie zmierzyć się z jej charyzmą i sprawdzić, na ile mogę w jej utworach odnaleźć się sama. Miałam też poczucie pewnej skromnej misji. Otóż poprzez tłumaczenia i nowe aranżacje przeniesiono na grunt polski (niekiedy wielokrotnie) dorobek wielu świetnych artystów, m.in. Cohena, Dylana, Jima Morrisona. Ale nie Janis Joplin. Postanowiłam tę lukę uzupełnić.
Co było najtrudniejsze i najłatwiejsze w tym projekcie?
Wszystko było trudne i łatwe zarazem. Trudne, bo przyszło mi zmierzyć się (dodatkowo, jako pierwszej w Polsce) z legendą, a to już stanowi przeszkodę nie lada. Trudne, bo nie chciałam jej naśladować, ale też nie chciałam utracić nic z niezwykłej siły i oryginalności jej utworów. A równocześnie wszystko było łatwe, bo miałam niewiarygodny napęd wewnętrzny, jakąś ogromną determinację, by ten projekt zrealizować. Czułam więc, że nic nie jest w stanie mi przeszkodzić, że gotowa jestem pokonać każdą przeszkodę.
Co jest ponadczasowe w tej twórczości?
Ponadczasowe są przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze, emocje, autentyzm, sceniczna prawda. Joplin nic nie udawała, nic nie grała. Była na scenie sobą. Dzisiaj, w czasach wielu „plastikowych” karier estradowych, to zalety wcale nie takie oczywiste. Ale wierzę, że przetrwają, bo to one stanowią esencję prawdziwego śpiewania. Po drugie, przesłanie jej piosenek. Być może wydają się banalne, być może wydają się do znudzenia opowiadać o tym samym: jestem zakochana lub nieszczęśliwa, poznałam chłopaka lub chłopak mnie rzucił. Ale w końcu cóż jest ważne w naszym życiu: miłość, emocje, tęsknoty, zawody, euforia, namiętności. Joplin mówiła więc językiem prostym o sprawach podstawowych dla każdego, szczególnie dla kobiet.
Janis Joplin – skowyt o miłość
Była wokalistką bluesową, choć utożsamiamy ją z czasami rocka, festiwalu w Woodstock i epoką hippisów. Wzorowała się na śpiewie czarnych mistrzyń, jak Odetta czy Bessie Smith. W zakresie techniki śpiewu gardłowego na białej scenie nie miała równych. Jednak technika zawsze była w śpiewie Janis drugoplanowa. Jej głos to przede wszystkim emocje – kaskady uczuć o szerokiej palecie barw, lecz związanych zawsze z samotnością, brakiem akceptacji, poczuciem odrzucenia. Przejmujący śpiew Janis Joplin to skowyt o miłość. Urodziła się w teksańskim miasteczku w 1943 roku. Zdobyła sławę jako wokalistka zespołu Big Brother & The Holding Company – była Kalifornia, było Lato Miłości (1967), było beautiful. A jednak ani kariera, ani życie osobiste Janis Joplin nie potoczyło się „pięknie”. Zawsze przerastała swoich muzyków, nawet gdy powołała do życia własny zespół, Kozmic Blues Band. Zawsze była samotna. Na huśtawce nadziei i rozczarowań kolejnych przelotnych związków szukała ukojenia w alkoholu i narkotykach. Dziewczyna z konserwatywnego Południa, którego cień zaważył na całym jej życiu – kobiety wyzwolonej, zbuntowanej, niezależnej, więc samotnej – pozostała wierna drinkowi z rodzinnych stron: likier Southern Comfort towarzyszył jej przez całe życie. Potem były inne używki, ale dopiero gdy doszła heroina Janis rozpoczęła drogę w dół. Tymczasem świętowała tryumfy artystyczne. Najlepsza wokalistka swojego pokolenia, artystka o nieprawdopodobnym temperamencie estradowym, podbijała serca słuchaczy na festiwalach Monterey Pop (1967) czy Woodstock (1969). Nieustannie rozwijała się, czego najlepiej dowodzi jej ostatni album, legendarna „Perła” (Pearl, 1971), już niedokończony, wydany po przedwczesnej śmierci wokalistki. Nagrany z zespołem Full Tilt Boogie Band. Pochodząca z tej płyty piosenka „Me And Bobby McGee” to jej pośmiertny hit numer jeden. Miała następczynie, ale nie miała równych. W kategoriach techniki wokalnej szły jej śladem Melissa Etheridge, Alannah Myles, dzisiaj słychać jej wpływy w śpiewie młodej Joss Stone. Po Janis-Artystce pozostała jednak pustka, która trwa już 35 lat. Pieśniarka odeszła od nas na zawsze 4 października 1970 roku. Współczesny świat nie rozpieszcza jej pamięci. Dlaczego? Beatlesi śpiewali, że „miłości się nie kupi”. Zapewne jest tak nadal. A może żyjemy dziś w czasach, w których po prostu nie wypada o nią prosić? Zresztą i Janis robiła to daremnie...
